poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział XIII



            Kiedy czyjaś dłoń zacisnęła się na jej ramieniu, Hermiona nie odwróciła się od razu. Początkowo zamarła, po czym pytająco spojrzała na siedzącego naprzeciwko niej Harry’ego, bezgłośnie pytając: To on? Chłopak jednak ani drgnął, wpatrując się nieruchomo w przestrzeń za nią. Na jego twarz wkradł się dziwny grymas, którego nie potrafiła rozszyfrować, a jedynym znakiem, że zrozumiał, o co chodziło przyjaciółce, było nieznaczne rozszerzenie jego zielonych oczu ukrytych za okularami. Nie namyślając się dłużej, Hermiona uznała to za potwierdzenie. Powoli się obróciła, przy okazji strącając dłoń, która nadal spoczywała na jej ramieniu.
            — Dobry wieczór, profesorze Snape — powiedziała opanowanym głosem, patrząc na mężczyznę stojącego za nią. Widząc, w jaki sposób na nią patrzy, przez chwilę miała ochotę od razu uciec i ukryć się w mysiej norze. Jednak szybko odrzuciła ten pomysł, zdając sobie sprawę, że nauczyciel chciał tylko w ten sposób ją onieśmielić… Co w sumie mu się udało, bo jego nieprzyjazna mina sprawiała, że faktycznie ucieczka była pierwszym, co przyszło jej na myśl.
            — Granger — warknął w geście powitania. A przynajmniej tak to odczytała.
            — Czy coś się stało, sir?
            Zmrużył oczy i wykrzywił wargi.
            — Twój szlaban. O dwudziestej w moim gabinecie. — I odszedł szybkim krokiem, nim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
            Hermiona westchnęła ciężko, po czym oparła głowę na złożonych na stole rękach. W co ja się wpakowałam? Dotąd miała nikłą nadzieję, że może Snape okaże odrobinę serca i postanowi, że szlaban rozpocznie się dopiero nazajutrz. Niestety, zapomniała, że profesor nie miał najmniejszego zamiaru jej go podarować, o pójściu na rękę nawet nie wspominając. Hermiona wiedziała też, że nie może prosić o wstawiennictwo któregoś z nauczycieli – musiała przyznać się przed samą sobą, że w żadnym wypadku na nie nie zasłużyła. Mimo to dziwnie czuła się ze świadomością, że jest to jej pierwsza kara od czasów, gdy była na pierwszym roku.
            — O czym on mówił? — Jej rozmyślania przerwał głos Harry’ego. — Masz szlaban?
            Pokiwała głową i zmarszczyła brwi.
            — A nie mówiłam wam? — Obaj jej przyjaciele zaprzeczyli. — Profesor Snape powiedział, że będę musiała przychodzić do niego do końca roku. Dotąd miałam nadzieję, że przynajmniej zrezygnuje z tego, żeby kazać mi być tam codziennie. W końcu ma inne rzeczy do roboty… Prawda? — Spojrzała na nich z nadzieją.
            — Po tym, co się stało? Wątpię. Założę się, że z przyjemnością będzie spędzał noce na sprawdzaniu esejów i… tym, czym on się tam w końcu zajmuje. Nie chcę cię załamywać, ale na sto procent znajdzie sposób, by ci dopiec, choćby nawet miał nie zmrużyć oka do czerwca.
            — A ja tam się zastanawiam, co będziesz musiała robić. Przecież w końcu mu się znudzi patrzenie na to, jak szorujesz kociołki — wtrącił Ron. — Poza tym… Może znajdzie coś bardziej nieprzyjemnego… To byłoby w jego stylu. Poza tym, z pewnością jest wściekły, że nie możesz wylecieć ze szkoły za to, co zrobiłaś.
            Hermiona puściła jego słowa mimo uszu, chociaż sama miała bardzo podobne, niemal identyczne odczucia.
            — Cóż, słyszałam, że wy musieliście odgruzowywać nową salę. Znając was, coś pominęliście i każe mi to dokończyć. A nawet jeśli nie, na pewno coś znajdzie. — Uśmiechnęła się krzywo. — No cóż, jakoś będę musiała to przeżyć. Poza tym to doskonała szansa, żeby spróbować dowiedzieć się czegoś o sami-wiecie-czym. — Mrugnęła do nich porozumiewawczo, nie chcąc głośno mówić o tym, czego szukała.
            — Myślisz, że zostawi cię na jakiś czas samą? — zapytał Harry.
            — Nie wiem. Teraz? Raczej nie, ale mam nadzieję, że co najmniej raz zdarzy się sytuacja, w wyniku której będzie musiał gdzieś wyjść, a wtedy powinnam mieć chwilę, żeby się rozejrzeć. Zresztą… Przy odrobinie szczęścia nie będzie takiej potrzeby. Przepraszam, że jeszcze wam o tym nie mówiłam, ale Draco znalazł jego notatki.
            — To wspaniale!
            — Tylko jest pewien problem — tłumaczyła dalej. — Chodzi o to, że profesor Snape zapisał je w języku, którego najprawdopodobniej nikt prócz niego samego nie potrafi odczytać. A przynajmniej tak mówi Draco. Jednak jeszcze nie widziałam ich na własne oczy, więc mam nadzieję, że może uda mi się coś przetłumaczyć… Albo przynajmniej rozpoznać ten język. W tym tkwi największy kłopot, potem powinno pójść raczej łatwo.
            Mimo że na zewnątrz nie dała nic po sobie poznać i jakby nigdy nic rozmawiała z przyjaciółmi, w środku Hermiona trzęsła się ze zdenerwowania przed spotkaniem z profesorem Snape’em. Nie miała pojęcia, czego się po nim spodziewać, szczególnie że nadal był wściekły. Kiedy to przemyślała, doszła do wniosku, że powinna go przeprosić, jednak nie przychodził jej na myśl żaden sposób, by to zrobić. Nie mogła zaś zapytać Harry’ego ani Rona, ponieważ natychmiast odrzuciliby ten pomysł… Ewentualnie mogłaby spróbować z Malfoyem, lecz miała niejasne wrażenie, że nie było to właściwe rozwiązanie. Hermiona bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że mimo że wraz ze Ślizgonem wprawdzie nie pałali już do siebie otwartą wrogością i nie skakali sobie nawzajem do gardeł, to nie byli przyjaciółmi.
            Wszystko to spowodowało, że dopisujący jej dotąd apetyt nagle zniknął i Hermiona spędziła cały posiłek intensywnie myśląc. W międzyczasie odruchowo grzebała w talerzu, bawiąc się jedzeniem i przesuwając je z jednego końca naczynia na drugi.
            Nadal o tym wszystkim rozmyślała, idąc do lochów. Po drodze mijała nielicznych Ślizgonów, którzy wskazywali ją palcami i uśmiechali się do niej, wyraźnie uradowani z tego, że dzięki niej już na początku roku Gryffindor uplasował się na ostatnim miejscu w wyścigu o Puchar Domów. Wprawdzie Slytherin też nie był pierwszy, lecz dla nich liczyło się tylko to, że Gryfoni nie pozostawili ich w tyle, jak to często miało miejsce w ostatnich latach. To tylko wzmocniło wrażenie niechęci, którą odczuła, kiedy usiadła wśród swoich współdomowników.
            W końcu stanęła przed grubymi, dębowymi drzwiami, które strzegły gabinetu Snape’a. Hermiona odetchnęła głęboko i powoli podniosła rękę, by w nie zapukać. Głuchy stukot rozniósł się echem po pustym korytarzu, powodując, że włoski na jej karku stanęły dęba, a na całym ciele pojawiła się gęsia skórka. Przestąpiła z nogi na nogę, czekając, aż nauczyciel wpuści ją do środka lub poprosi, by weszła.
            — Panna Granger. — Usłyszała po chwili, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły.
            Profesor Snape odsunął się, by mogła przejść. Kiedy przekroczyła próg, drzwi zatrzasnęły się z głośnym trzaskiem, przez który niemal podskoczyła. Mężczyzna skwitował to tylko pogardliwym uniesieniem brwi. Podszedł do biurka stojącego w roku i usadowił się na krześle za nim. Hermiona nie bez zdziwienia zauważyła, że nie zaprosił jej, by usiadła. Zrobiła więc kilka kroków, stając przed nim.
            — Panie profesorze, co mam robić? — zapytała, przerywając przedłużające się milczenie.
            Przez chwilę nie odpowiadał. W końcu spojrzał na nią, a ona momentalnie spuściła głowę, pamiętając nadal o wskazówkach Malfoya.
            — Dzisiaj trzeci rok ważył wywar Hugona. Twoi zadaniem będzie wyczyszczenie kociołków, z których korzystali — oznajmił, wskazując dość pokaźną stertę w rogu gabinetu.
            — Bez użycia magii?
            W odpowiedzi tylko popatrzył na nią jak na idiotkę. Wyciągnął dłoń w jej kierunku i powiedział:
            — Oddaj różdżkę. Dostaniesz ją z powrotem, gdy skończysz pracę.
            — Nie mam jej. W razie gdyby pan zapomniał, złamała się, kiedy wpadliśmy do kanałów.
            — Minus pięć punktów za impertynencję, panno Granger. Szacunek. Pamiętaj, do kogo mówisz — podsumował jej uwagę z sarkastycznym uśmieszkiem, a ona niemal usłyszała stukot rubinów, które znikały z klepsydry Gryffindoru. — Odnoszę wrażenie, że bardzo pani zależy na tym, by pani dom do końca roku nie zdołał utrzymać przez dłuższy czas choćby jednego punktu. Pozostali Gryfoni mogą być niezadowoleni z takiego obrotu spraw.
            Hermiona zacisnęła mocno zęby, modląc się w duchu o cierpliwość. Podenerwowanie, które towarzyszyło jej na początku, ulotniło się teraz niemal całkowicie, ustępując miejsca irytacji na czarodzieja stojącego przed nią. Już tylko szacunek do niego jako do nauczyciela powstrzymywał ją przed odgryzieniem się. To oraz świadomość, że w razie gdyby to zrobiła, na pewno nie puściłby jej tego płazem. Przełknęła ślinę i rzekła cicho, wkładając w swój ton pokorę, którą cudem w sobie odnalazła:
            — Przepraszam.
            — Słucham?
            — Przepraszam za to, że zwróciłam się do pana nieodpowiednio. — Mężczyzna patrzył na nią oczekująco, więc, nie chcąc dawać mu kolejnych pretekstów do odebrania punktów, dodała szybko: — Sir.
            Po wyrazie twarzy profesora Snape’a Hermiona odgadła, że ten doskonale się bawi z jej zgryzoty i jest świadomy, że nie przeprosiła go chętnie.
            — I masz za co, panno Granger. Och, masz za co — mruknął, po czym machnął różdżką, a mugolskie środki czystości, wiadro i gąbka pojawiły się u jej stóp. — Jest pięć po dwudziestej. Jeśli nie upora się pani z pracą do północy, przyjdzie pani również rano.
            Mężczyzna powiedział, co miał do powiedzenia, po czym zajął się zwojami pergaminów masowo zalegającymi na blacie jego biurka. Nie minęła nawet chwila, a zamoczył pióro w inkauście i zaczął wyskrobywać uwagi swoim jadowicie zielonym atramentem. Każdy z uczniów doskonale już znał Snape’owskie komentarze i jego pochyłe, ostre pismo, które niejednokrotnie pokrywało większość wolnego miejsca na pracach pisemnych. Hermiona czasem zastanawiała się, czy profesor Snape w swojej nauczycielskiej karierze chociaż raz napisał na czyimś eseju coś pozytywnego. Jednakże kiedy zerknęła na niego przelotnie, szybko w to zwątpiła. Mistrz Eliksirów wydawał się mieć najprawdziwszy ubaw z wypisywania jadowitych uwag. Patrzyła na niego jeszcze przez parę sekund, po czym wzruszyła ramionami i schyliła się po wiadro wypełnione do połowy ciepłą wodą. Przeniosła je bliżej brudnych kociołków i, odgarniając niesforne włosy z czoła, zabrała się za pracę.
            Nim minęło piętnaście minut, zaczęła żałować, że choćby wpadła na pomysł wywołania zamieszania w klasie, żeby odciągnąć Snape’a od Draco. Wywar Hugona, którym oblepione były wnętrza kociołków, był paskudną w wyglądzie, choć zupełnie nieszkodliwą miksturą. Dość prosty w wykonaniu, działał podobnie do Eliksiru Pieprzowego, ale nie był równie skuteczny. Sprawdzał się za to doskonale przy katarze. Szybko okazało się jednak, że „prosty w wykonaniu” to pojęcie czysto względne, bo tegoroczni trzecioklasiści wykazali nadzwyczajny talent do tworzenia własnej mikstury. Najczęściej dodawali za dużo lubczyka, co powodowało, że eliksir stawał się podobny do kwasu, który podrażniał skórę. Przez to Hermiona była zmuszona do przekładania gąbki z ręki do ręki co średnio dziesięć minut, nie chcąc prosić Snape’a o rękawice ochronne. Była przekonana, że nauczyciel nie tylko ich jej nie da, a przy okazji wyśmieje jeszcze „delikatne” ręce Hermiony.
            Otarła pot z czoła i przeciągnęła się, wyciągając ręce wysoko w górę. Odłożyła na bok kolejny wyszorowany kociołek, po czym zabrała się za następny. W międzyczasie zaczęła zastanawiać się nad zachowaniem swojego narzeczonego.
Kiedy wraz z Harrym przyszedł ją odwiedzić, zachowywał się dziwnie i zupełnie nie rozumiała, o co chodzi. Hermiona już od jakiegoś czasu miała niejasne wrażenie, że Ron oddala się od niej, ale nie potrafiła podać ani jednego sensownego powodu… Wprawdzie wiedziała, że przeszkadzało mu to, że niechętnie dawała mu się całować i z reguły nie pozwalała na śmielsze pieszczoty, lecz przecież mówił, że nie ma z tym najmniejszego problemu! Powiedział nawet, że w sumie cieszy go, że z tym wszystkim chce zaczekać do ślubu – mimo że jego daty jeszcze nie ustalili. Zmarszczyła brwi, próbując rozgryźć, co się stało. Jednak o wiele bardziej zaprzątające uwagę były spojrzenia, które czasami rzucała jej Ginny, kiedy myślała, że Hermiona tego nie widzi. Poza tym brązowowłosa nie wspomniała o tym głośno, lecz przykro jej było, gdy nie zobaczyła młodej Weasleyówny wraz z Ronem i Harrym w Skrzydle Szpitalnym. Ginny zachowywała się nawet dziwniej od swojego brata, co bardzo martwiło Hermionę. Jakby tego było mało, prawie cały zamek był do niej nieprzychylnie nastawiony i mimo że pani Pomfrey wypuściła ją zaledwie parę godzin wcześniej, już zdążono jej to dosadnie okazać.
            Och, nie, Hermiona nie przejmowała się opinią ludzi, którzy nie byli jej w jakiś sposób bliscy, nie byli jej przyjaciółmi ani rodziną. Niemniej jednak nie dało się ukryć, że trochę bolały ją te nieprzyjazne spojrzenia.
            — Już skończyłam, panie profesorze — oznajmiła jakąś godzinę później, odkładając do stosu po jej lewej stronie ostatni, czysty już kociołek.
            Snape na dźwięk jej głosu podniósł głowę, po czym wyszedł zza swojego masywnego biurka i skierował swe kroki w stronę Hermiony, zamierzając sprawdzić, jak wykonała powierzone jej zadanie. Dziewczyna nie wątpiła, że wywiązała się z niego doskonale. Na ogół nie można jej było nazwać pedantką, a w jej pokoju nierzadko panował rozgardiasz, lecz gdy już brała się za sprzątanie, zawsze robiła wszystko bardzo dokładnie. Pod tym i wieloma innymi względami była perfekcjonistką. Mimo to nie zdziwiło jej, gdy nauczyciel tylko ściągnął usta i powiedział:
            — Mogłaś się bardziej postarać — zamilkł na chwilę, jakby czekał na to, aż zaprotestuje, lecz nic takiego się nie stało.  — No dobrze, panno Granger, może pani już iść. Widzę panią o tej samej godzinie pojutrze.
            W odpowiedzi skinęła tylko głową.
            — Do widzenia. — Wymownie wskazał dłonią drzwi, dając jej do zrozumienia, że życzy sobie, by już poszła.
            Hermiona podniosła się z klęczek, po czym, lekko utykając, przeszła przez środek pomieszczenia. Kiedy była już przy drzwiach, rzekła jeszcze:
            — Dobranoc, proszę pana. — I już jej nie było.
            Z trudem powstrzymała się przed życzeniem mu samych koszmarów, ale wynikało to jedynie z faktu, że miała pełną świadomość, nie skończyłoby się to dla niej dobrze.
            Kiedy wychodziła z lochów, zatrzymała się na chwilę i schyliła, rozmasowując mięśnie ud, które zdrętwiały od długiego trwania w jednej pozycji. Aż jęknęła, czując, jak do tępego bólu żeber dołącza ten promieniujący z jej rąk. Co jak co, ale parę godzin szorowania kociołków dało się jej we znaki. Szczególnie zaś ucierpiały jej dłonie, na których pojawiły się podrażnienia, a gdzieniegdzie nawet bąble.
            — Ała! — pisnęła, po czym wyprostowała się energicznie.
            Szybkim krokiem ruszyła w kierunku wieży Gryffindoru. Zdziwiła się, nie spotykając po drodze ani żywego ducha – co w świecie pełnym magii nie było tylko przenośnią. Nigdzie nie widziała też ani nie słyszała Filcha, pani Norris, a nawet Irytka, lecz nie zamierzała na to narzekać. Na miejsce dotarła parę minut później. Jeszcze większe oszołomienie jednak przeżyła, nie widząc nikogo w Pokoju Wspólnym. W dormitorium jej współlokatorki spały, a chociaż Hermiona niczego w tej chwili nie pragnęła bardziej niż pójść w ich ślady, nie mogła. Niestety miała do napisania dwa zaległe eseje na jutro – a właściwie już dzisiaj, co uświadomiła sobie, spojrzawszy na zegar przy łóżku. Ziewając potężnie, wyciągnęła z szuflady potrzebne książki, po czym położyła się na kołdrze, zasłaniając kotary, by światło świecy nie przeszkadzało śpiącym koleżankom.
            Chwilę potem prócz cichego pochrapywania w dormitorium dziewcząt słychać było również wściekłe skrobanie pióra Hermiony.


            — Muszę iść do profesor McGonagall — stwierdziła rano Hermiona, zalewając sobie płatki mlekiem.
            — Po co?
            — Muszę wybrać się na Pokątną, żeby kupić nową różdżkę. Mówiłam już, że tamta się złamała i to tak, że nijak nie można byłoby jej naprawić, nawet gdybym miała wszystkie części… A przecież połowę z nich zgubiłam.
            — Pewnie wtedy, gdy wpadłaś do jeziora — stwierdził z przekonaniem Ron.
            — Chcesz, żebyśmy poszli z tobą? — dodał Harry. — Wiesz, jako wsparcie. — Wyszczerzył zęby.
            Ginny spojrzała na niego, marszcząc brwi. Przez chwili po prostu wpatrywała się w Wybrańca, po czym gwałtownie wstała od stołu i bez słowa odeszła. Zaraz potem za nią podążył Ron, wyraźnie zainteresowany i zaniepokojony zachowaniem siostry.
            — Coś się stało? — zapytała Hermiona, patrząc śladem rudowłosego rodzeństwa.
            — Nie mam pojęcia. Zachowuje się dziwnie od jakiegoś czasu, ale mam nadzieję, że to tylko jakieś wasze kobiece humorki. Nie wiem, może ma te dni czy coś?
            Hermiona przewróciła oczami, słysząc odpowiedź przyjaciela.
            — Zresztą mniejsza o to. W końcu Ron ma czasami podobnie, więc może to genetyczna wada Weasleyów — mruknął Harry. — Wracając, chcesz poprosić McGonagall o pozwolenie na wizytę na Pokątnej, racja? Dobrze zrozumiałem?
            — Tak. Im szybciej, tym lepiej. W końcu bez różdżki nie będę mogła uczestniczyć w prawie żadnych lekcjach… No może tylko runach i numerologii. A to niewiele. Najchętniej wybrałabym się tam jeszcze dziś, ale wątpię, by się na to zgodziła. Pewnie będę mogła dopiero w weekend.
            — Nie jest tak źle. To przecież ledwie jeden dzień. Dziś jest już piątek!
            Westchnęła.
            jeden dzień, Harry. Już i tak mam mnóstwo do nadrabiania. Wolałabym nie robić sobie kolejnych zaległości, zwłaszcza, że w tym roku będziemy zdawać owutemy. Nie wspominając już o tym, że mam szlaban u Snape’a i przez to nie będę mogła uczyć się tyle, ile powinnam. Tym bardziej nie mogę sobie pozwolić na coś takiego.
            Dziwne, jak ludziom zmieniają się priorytety. Podczas wojny owutemy i szkoła nie miały takiego znaczenia, ale gdy ta się skończyła, wszystko to powróciło. Nagle rzeczy, które zaledwie parę miesięcy temu nie były ważne, stały się czymś, co zaprzątnęło ich myśli bez reszty. Hermiona znów zaczęła przejmować się czekającymi ich testami, a Harry i Ron quidditchem. Jednak nie było w tym nic złego – wręcz dobrze się składało, że przynajmniej niektóre rzeczy pozostały takie same.
            — Hermiono — zaprotestował Harry. — Daj spokój. Wszyscy wiemy, że już w poprzednie wakacje przerobiłaś cały materiał, a owutemy bez problemu zdałabyś nawet jako piąto- lub szóstoklasistka.
            Przewróciła oczami, słysząc te słowa. Czuła się nimi mile połechtana, lecz w końcu niektórych przyzwyczajeń wybitnie trudno się pozbyć.
            — Miło, że tak myślisz, ale nie masz racji.
            — Mam, mam i każdy to potwierdzi. A różdżką się nie martw. W razie czego mogę pożyczać ci swoją…
            — Naprawdę? — Zamrugała ze zdziwienia.
            Dobrowolne oddanie swojej różdżki w ręce innego czarodzieja było znakiem niemal bezgranicznego zaufania w świecie magii. Była ona jakby częścią ciała jej właściciela, więc taki gest wiele znaczył. Hermiona, nawet jako mugolka, miała tego świadomość. Podobnie jak tego, że na podobny krok zdobyłoby się niewiele spośród osób, które znała. Mało kto teraz ufał drugiemu, a choć wiedziała, że Harry jest jej przyjacielem, nie spodziewała się czegoś takiego.
            — Jasne — odparł bez wahania.
            — Dziękuję! — Przytuliła go mocno, nie zważając na to, że znajdują się w Wielkiej Sali, gdzie śledziły ich setki par oczu. — Jesteś wspaniały!
            — Wiem — roześmiał się.
            Pokręciła głową, puszczając go.
            — I do tego ta skromność…
            — To moje drugie imię.
            — Kłamiesz. Kiedy ostatnio sprawdzałam, brzmiało ono James. — Mrugnęła do niego łobuzersko.
            Harry na te słowa tylko zachichotał, a Hermiona zaraz mu zawtórowała. Mimo zmęczenia spowodowanego zarwaniem nocy i kilku standardowych zmartwień, dzień rozpoczął się bardzo dobrze. Nawet ból żeber i rąk wydawały się jakby zmaleć.


            Rozpoczęła się lekcja transmutacji.
            — Witajcie, moi drodzy — zaczęła profesor McGonagall, wchodząc do klasy.
Gdy tylko pojawiła się w pomieszczeniu, natychmiast ucichły wszystkie rozmowy i szepty. Minerwa McGonagall, podobnie jak Snape, bez problemu zawsze utrzymywała ciszę podczas swoich zajęć i osiągała to bez podnoszenia głosu. W sumie podobny efekt uzyskiwał również profesor Binns, lecz ten zawdzięczał to głównie temu, że na jego lekcjach uczniowie po prostu spali.
— Na dzisiejszych zajęciach będziemy kontynuować samotransmutację. Kto mi przypomni, jak brzmi formuła zaklęcia, które poznaliśmy ostatnio?
W powietrze uniosło się parę rąk. O dziwo wśród osób zgłaszających się był również Neville.
— Proszę, panie Longbottom. — Oczy kobiety lekko się rozszerzyły, ale poza tym nic nie wskazywało na to, że była zdziwiona.
— Zaklęcie to corpore mutationes — powiedział cicho chłopak, wlepiając wzrok w blat ławki.
— Doskonale, panie Longbottom. Trzy punkty dla Gryffindoru. Corpore mutationes to dość proste zaklęcie, choć wymaga dużego skupienia. Ruch nadgarstkiem prawie nie istnieje. Musicie jedynie lekko skierować różdżkę na siebie i wypowiedzieć formułę, pamiętając o prawidłowym zaakcentowaniu przedostatniej sylaby. Spróbujcie — rzekła, a klasa wypełniła się uczniami wskazującymi na siebie i wymawiającymi zaklęcie. — Dobrze. Aby wszystko zadziałało, musicie przede wszystkim dokładnie wyobrazić sobie obiekt, w który chcecie się transmutować. Jednak pamiętajcie: to nie animagia. W przypadku tego zaklęcia możecie próbować jedynie obiektów nieożywionych, a jeśli nie zastosujecie się do tej zasady, najprawdopodobniej wyrządzicie sobie nieodwracalną krzywdę. Proszę, jeszcze raz.
Uczniowie ponownie zaczęli ćwiczyć zaklęcie, choć z różnym skutkiem. Niektórym udawało się to od razu, lecz była to bardzo mała część klasy. Mimo to wszyscy próbowali – wszyscy prócz Hermiony, która siedziała stropiona na swoim miejscu. Transmutacja była jednym z jej ulubionych przedmiotów i dziewczyna nie czuła się szczęśliwa, nie mogąc również ćwiczyć. Jak można było się spodziewać, nie uszło to uwagi profesor McGonagall, która spacerowała po klasie i poprawiała poszczególne osoby.
— Dlaczego pani nie ćwiczy, panno Granger? — zapytała, podchodząc do niej. — Wiem, że ma pani trochę czasu na nadrobienie zaległości, lecz przecież powtórzyliśmy zarówno formułę, jak i ruch nadgarstka.
— Przepraszam, pani profesor. Znam zaklęcie…
— W takim razie w czym tkwi problem?
— Nie mam różdżki — dokończyła Hermiona.
Profesor McGonagall zmarszczyła brwi, słysząc jej wytłumaczenie.
— Nie wzięła jej pani ze sobą z dormitorium?
— Och, nie, nie! Podczas… — Hermiona przez chwilę szukała odpowiedniego słowa — wypadku z profesorem Snape’em uległa zniszczeniu. Miałam zamiar porozmawiać o tym z panią po lekcji i poprosić o zgodę na kupno drugiej na Pokątnej.
— Rozumiem. — Profesor McGonagall pokiwała wolno głową. — Oczywiście, będziesz mogła odwiedzić Pokątną, ale dopiero w weekend… Jednak to zaledwie jeden dzień, więc myślę, że nie powinno być większych problemów. Niestety jednak nie mogę pozwolić, byś znalazła się tam bez opieki. Przydzielę kogoś, by poszedł z panią. A tymczasem… Poinformuję nauczycieli o tym fakcie.
Hermiona uśmiechnęła się i podziękowała jej, wzdychając w duchu z ulgą. Jeden problem w końcu rozwiązany!

4 komentarze:

  1. Świetny rozdział c:
    Kogoś do opieki. Czyżby Severus chciał zgłosić się na ochotnika? :D
    Uwielbiam jego postać, szczególnie w Twoim opowiadaniu, ale to chyba już pisałam. Szczerzyłam się do monitora, czytając fragment, o tym, jaką przyjemność sprawia mu pisanie uwag na esejach XD
    Draco tu nie było :c Mam nadzieję, że w kolejnych rozdziałach się pojawi :D
    Znalazłam jeden, mały błąd: " — Dzisiaj trzeci rok ważył wywar Hugona. Twoi zadaniem będzie wyczyszczenie kociołków, z których korzystali — oznajmił, wskazując dość pokaźną stertę w rogu gabinetu." --> Chodziło o profesora Slughorna? Miał na imię Horacy ;)
    Pozdrawiam i życzę weny,
    Mrs Black ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej :)
    Powiadomiłaś mnie o rozdziale tak więc jestem :)
    Zacznę może od stylu. Piszesz cudownie, bez żadnych błędów ortograficznych ( przynajmniej ja żadnych nie zauważyłam )... Jednym słowem: talentu Ci nie brakuje :)
    W rozdziale jest masa dialogów ( masz za to u mnie ogromnego plusa :) ), które są bardzo dobrze rozwinięte. Troszeczkę brakuje mi opisów, ale to już szczegół :)
    O fabule na razie za bardzo się nie wypowiem, ponieważ nie czytałam od początku Twojego bloga, do następnej notki postaram się być już na bieżąco :)
    Udało Ci się mnie porządnie zaintrygować więc bardzo bym Cię prosiła żebyś informowała mnie o nowych notkach :)
    Tak przy okazji, jeśli miałabyś czas i ochotę to zapraszam Cie na mojego bloga:
    http://hogwart-naszymi-oczami.blogspot.com
    Mam nadzieję, że Ci sie spodoba :)
    Cieplutko pozdrawiam i życzę duuużo weny w dalszym pisaniu:
    ~ Rose ~

    P.S. Mój nic na asku to Alohomora :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Chcę już następny <33

    OdpowiedzUsuń
  4. Przez dwadzieścia lat z zamkniętej w sobie, nieśmiałej i aspołecznej dziewczynki wyrosła na twardą kobietę, którą sam Salazar Slytherin nazwałby mianem "Ślizgonki idealnej". Piękna, mądra, zdolna, naznaczona na ciele i umyśle przez wiele przygód. Opuściła Londyn, ale po wypełnieniu powierzonych jej zadań, wróciła. Na miejcu zastała jedynie dogrywającą po wojnie pożogę i jego grób. Ile Sentis będzie musiała poświęcić, żeby przywrócić Severusa do życia? Czy Snape pokocha ją na nowo?
    Zapraszam do czytania.
    http://w-cieniu-pozogi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń