sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział XX


            Jakby wbrew swojemu postanowieniu, gdy profesor Snape wrócił do gabinetu,  by sprawdzić jak wykonała swoje zadanie, Hermiona była dla niego równie uprzejma, co zwykle. Zignorowała jego docinki, ciesząc się już w duchu i wyobrażając sobie wyraz jego twarzy, gdy po kolejnej obraźliwej uwadze odpowie mu tym samym. Uzmysłowiła sobie, że w ostatnim roku, poza daniem szlabanu i utrudnieniem nauki do owutemów (a do tych, bądź co bądź, Hermiona była przygotowana doskonale) Snape tak naprawdę nie mógł jej nic zrobić! Nawet gdyby zdecydował się oblać ją na eliksirach – a to raczej nie wchodziło w grę z prostego powodu: pozostali nauczyciele nie dopuściliby do tego – nie dałby rady wpłynąć na jej wynik na egzaminach. Z uwagi na to, że Gryffindor już i tak nie miał szans na zdobycie Pucharu Domów w tym roku, także groźba utraty punktów nie była jej straszna.
            Właśnie te i podobne im myśli wywołały na twarzy Gryfonki szczery, chociaż przebiegły uśmiech, a co za tym idzie, pytanie Snape’a. Mistrz Eliksirów koniecznie chciał się upewnić, czy nie powinna przypadkiem leczyć się z Lockhartem na oddziale zamkniętym w świętym Mungu. To jednak odniosło skutek zupełnie odwrotny do zamierzonego: Hermiona zamiast się przejąć, obrazić, tylko uśmiechnęła się szerzej.
            Jej dobry humor nie trwał jednak zbyt długo, bo Harry i Ron raczej mało przychylnie spojrzeli na jej plan. Gdy uświadomili sobie, że prócz zagrania na przydługim nosie znienawidzonemu nauczycielowi, wiąże się on z czymś jeszcze, ich niechęć tylko wzrosła.
            — Hermiono, to nie ma sensu! — podsumował Ron, gdy skończyła opowiadać im wszystko przy śniadaniu. — Sama stwierdziłaś, że to nasz ostatni rok… Przecież nie możemy dobrowolnie zrezygnować z Pucharu Domów. Wiesz, że Snape nie przegapi żadnej okazji, by nam odjąć punkty… Pomińmy już nawet to, że na szlabanie u niego zawsze tracisz je wszystkie…
            Hermiona tylko machnęła lekceważąco ręką, święcie przekonana o słuszności swojego planu.
            — Jakoś to nadrobimy. Ja na lekcjach, wy podczas meczów Quidditcha.
            — Nawet teraz nie nadrabiamy, a to dopiero początek roku! — zaprotestował Harry, patrząc na nią z lekkim wyrzutem. — Nie możemy utrudnić mu życia… no nie wiem… jakoś bardziej… anonimowo?
            — Jak to sobie wyobrażasz? Co za różnica, jeśli i tak uda mu się jakoś zgonić winę na Gryfonów? — Dziewczyna westchnęła; nie tak miała wyglądać ta rozmowa. — Wiecie, nie poznaję was. Zawsze to ja musiałam pilnować, żebyście nie wpadli w kłopoty podczas wszystkich naszych przygód, a teraz kiedy ja liczę na wasze wsparcie, twierdzicie, że ważniejszy jest Puchar Domów.
            Chłopcy zgodnie wzruszyli ramionami, unikając jej wzroku.
            — Może w końcu dorośliśmy? — zaryzykował w końcu Harry, mimowolnie roztrzepując włosy i robiąc jeszcze większy nieład na swojej głowie.
            Hermiona spojrzała na niego z niedowierzaniem.
            — Serio? SERIO?
            — No co?
            — Może gdybym was nie znała przez osiem lat, uwierzyłabym. Przyznajcie się, chodzi tylko o ten głupi puchar!
            Nie wiedziała, czy przypadkiem nie przesadzała, ale jej humor prysnął niczym ulotna bańka mydlana. Na miejscu niedawnej euforii pozostał żal i zawiedzenie, że kiedy w końcu zdecydowała się postawić niektórym regułom, nie popierali jej.
            — Nie, nie chodzi tylko o to — zaczął nagle Ron, a Harry rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie i kopnął w kostkę. Weasley jednak to zignorował i ciągnął dalej: — Po pierwsze, nie rozumiem, o co chodzi. Ta twoja zmiana, zwłaszcza po jednej nocy, jest dziwna… Nie mówię, że mi się w pewnym sensie nie podoba, ale… Zrozum, zawsze broniłaś Snape’a i mówiłaś, że zasługuje na szacunek, jeśli już nie dlatego, że tyle razy nam pomógł, to chociaż dlatego, że jest nauczycielem…
            — Cieszymy się, że w końcu przejrzałaś na oczy, ale i tak trochę ciężko nam to przyjąć do wiadomości — dodał Harry, ale nim zdążył powiedzieć coś więcej, Hermiona mu przerwała.
            — Chwila. Widzicie, to nie to, że nagle uznałam, że Snape nie zasługuje na szacunek…
            Harry spojrzał na nią, zszokowany.
            — W takim razie co?
            — Nie rozumiecie, że czuję się tam, jakbym się dusiła, kiedy on tylko wygłasza te swoje złośliwe komentarze na mój temat, a ja muszę siedzieć cicho i przepraszać? A i nawet wtedy odejmuje nam punkty… To się może nie zmieni, ale przynajmniej będę wiedziała, że jeśli już to robi, to przynajmniej w pewnym sensie na to zasłużyłam. On po prostu nie ma prawa tak się zachowywać i jeszcze uchodzi mu to bezkarnie! — wybuchła.
            Kiedy w ostatnim zdaniu przeszła niemal do krzyku, jej podświadomość cicho podziękowała sobie za przezorność. Gdyby nie rzucone wcześniej zaklęcie rozpraszające, cała Wielka Sala usłyszałaby, co Hermiona Granger, wielka Pani Prefekt myśli o tej jawnej niesprawiedliwości, której pokaz przy każdej możliwej okazji dawał Snape.
            — A czy ty nie rozumiesz, że przez ciebie cały Gryffindor wścieka się na nas, że jeszcze nie zrobiliśmy nic z tobą? — stwierdził Ron, patrząc na nią chłodno, jakby ignorując jej wcześniejsze słowa.
            Hermiona momentalnie zamilkła.
            — S-słucham? — wyjąkała.
            — Wczoraj, kiedy odrabiałaś szlaban, Gryfoni stwierdzili, że skoro jesteś naszą przyjaciółką, to też nasza wina, że tracimy punkty. Mają tego dość… I my w sumie też.
            Dokuczały mu wyrzuty sumienia, kiedy mówił tak do narzeczonej, ale miał przecież swoje powody. Po Ostatniej Bitwie, w której odegrał dość dużą rolę, ludzie w końcu zaczęli go kojarzyć, zaprzyjaźnili się z nim… A co najważniejsze, przestali traktować niczym ostatnią ofiarę. Przez całe życie był na drugim planie, nigdy nie miał szans grać głównych skrzypiec, zawsze w czyimś cieniu. Kiedy to ustąpiło, Ron poczuł się wolny. Jego ego zostało szczególnie połechtane, gdy podeszła do niego delegacja Gryfonów, prosząc, by w następny weekend do Hogsmeade. Jednak gdy pozycja ich domu nie podniosła się z ostatniego miejsca, po jakimś czasie wszyscy ci przyjaciele subtelnie dali mu do zrozumienia, że musi rozprawić się z Hermioną.  
Ron nie był zaś typem człowieka, który lubił patrzeć, jak wszystko mu się wali. Fakt, czasem wymagało to poświęceń, a on sam czuł się z tym niezbyt dobrze, ale pocieszała go świadomość tego, że Hermiona zawsze mu wybaczała.      Kochała go w końcu, czyż nie?
            Tak myśląc, uśmiechnął się w duchu do siebie i oczyścił umysł ze zbytecznego poczucia winy.
            — Nie widzisz, że Gryfoni już niemal cię nienawidzą? — kontynuował beznamiętnie, ignorując Harry’ego, który dawał mu rozpaczliwe znaki, by przestał. — Jeśli nie obchodzi cię, co o tobie myślą, spójrz chociaż na nas. Wiesz, że zaczną traktować nas jak wyrzutków, o ile Snape nie przestanie odejmować nam tyle punktów? A to, co wymyśliłaś, chociaż, nie powiem, jest kuszące, właśnie do tego prowadzi…
            Hermiona zmarszczyła brwi.
            — Nie wierzę, że to powiedziałeś, Ronaldzie — stwierdziła, a jej czekoladowe oczy zrobiły się niebezpiecznie wilgotne.
            Na tym skończyła, lecz ten właśnie obraz powiedział im wszystko, zanim Hermiona gwałtownie poderwała się ze swojego miejsca i szybkim krokiem wyszła z Wielkiej Sali.
            Harry spojrzał na Rona z wyrzutem.
            — Jak mogłeś, Ron? — zapytał.
            — Daj spokój, przecież nic nie zrobiłem. Jedynie powiedziałem jej prawdę… Poza tym sam wiesz, że to Hermiona. Przejdzie jej… — zbagatelizował sprawę.
            — Chyba nie mówisz tego na serio.
            Ron wzruszył ramionami, po czym jakby nigdy nic nałożył sobie na talerz kolejną porcję jajecznicy. Przecież powiedział tylko prawdę.
            — Człowieku, to twoja narzeczona! — spróbował jeszcze raz Harry, nie dając za wygraną. Jednak kiedy minęło jeszcze parę sekund, a jego przyjaciel zdawał się kompletnie zapomnieć o istnieniu Harry’ego, ten pokręcił  głową ze smutkiem. — Jesteś kretynem.
            To powiedziawszy, wstał i ruszył śladem Hermiony, po drodze zastanawiając się, co wstąpiło w jego przyjaciela. Podobnie jak jego siostra, ostatnio zachowywał się dziwnie w stosunku do dziewczyny. Podczas gdy Ginny zdawała się ignorować starszą Gryfonkę, Ron raz ją przytulał, by za chwilę ją odepchnąć, patrząc na nią z tajemniczą miną. Dziwił się jedynie, że Hermiona dotychczas znosiła to bez protestów – wątpił, by mu się to udało, tym bardziej, że zdawało się to nie mieć żadnego logicznego wytłumaczenia. Ot, Ronowi po prostu woda sodowa uderzyła do głowy, ale Ginny?
            Westchnął cicho, przyśpieszając kroku w nadziei, że uda mu się dogonić Hermionę.