ROZDZIAŁ 9



           Widząc po raz pierwszy mury Hogwartu, każdy był porażony ogromem tego zamku. Hermiona i Snape nie stanowili wyjątku… Lecz okazało się, że to, co było widoczne z błoni, było niczym w porównaniu z bezbrzeżną przestrzenią ukrytą głęboko pod ziemią, o czym właśnie przekonali się nasi bohaterowie. Zarówno Hermiona, jak i jej profesor – a trzeba przyznać, że było to nie lada wyczynem – dyszeli teraz ciężko, zmęczeni wielogodzinną wędrówką rurami. W świetle z różdżki Mistrza Eliksirów przemierzyli już parę mil, nie zatrzymując się ani razu. Jednak nie to wywołało zmęczenie; jeszcze gorszym okazał się fakt, że przez cały ten czas nie udało im się znaleźć choćby jednego suchego odcinka drogi. Ale czego innego można było spodziewać się po zamkowych rurach kanalizacyjnych?
            — Panie profesorze… — W ciszy, do tej pory przerywanej tylko jednostajnym chlupotem wody i szmerem ich oddechów, dał się słyszeć cichy głos Hermiony. Odezwała się po raz pierwszy od chwili, gdy Snape użył na niej legilimencji, bojąc się sprowokować go ponownie.
            — Czego chcesz, Granger?
            — Mógłby pan… — Nic, najmniejszy znak nie wskazywał na to, że ją słyszał. — Moja głowa…
            — Coś nie tak z twoją głową? Czyżbyś dopiero teraz to zauważyła? — Ilości jadu w głosie z całą powagą mogłaby mu pozazdrościć kobra.
            Hermiona mimo to czekała, aż się odwróci. W ogóle nie chciała zwracać na siebie jego uwagi, lecz pomimo upływu kilku godzin, krwawiąca rana na czole nadal się nie zasklepiła, a krew już niemal całkowicie zalała jej oczy. Może miało na to wpływ wilgotne powietrze? Jak należało się spodziewać, nie doczekała się odpowiedzi, ani też żadnej reakcji z jego strony. Profesor Snape nadal niewzruszenie szedł przed siebie, jakby Hermiona nie odezwała się ani słowem.
            — Czy mógłby pan choć przez chwilę być poważny? — Nadal brak reakcji. — Proszę poczekać!
            Zatrzymał się tak niespodziewanie, że wpadła na niego, przez ciemność nie zauważając w porę zmiany pozycji mężczyzny. Ku jej zdziwieniu, wyciągnął rękę, ratując ją przed upadkiem i zupełnie przecząc swojemu zachowaniu sprzed minuty. Hermiona aż zamrugała, nie mogąc otrząsnąć się z szoku. Co do…?
            — Ani drgnij! — Usłyszała cichy szept.
            Hermiona jednak nie byłaby sobą, gdyby nie uniosła się na palcach i nie wyjrzała nad ramieniem swojego profesora. Przez moment nie miała pojęcia, o co Snape’owi chodziło, lecz po chwili, kiedy jeszcze odrobinę uniosła głowę, oczom dziewczyny ukazał się widok, który zmroził jej krew w żyłach. Ze sklepienia zwisał olbrzymi, czarnowłosy stwór, wypełniający swoją sylwetką prawie całą wolną przestrzeń. Jednak to nie jego rozmiary tak przeraziły Hermionę: ów potwór miał pięć długich szyi, na których umieszczone były małe w porównaniu do całego cielska głowy. Z każdej z nich zaś łypały na nich dwie pary krwistoczerwonych, święcących w ciemności ślepi. Rozległ się głośny syk, kiedy bestia zwróciła jeden ze swoich łbów w ich kierunku, węsząc wielkimi chrapami i szczerząc zęby. Od razu na myśl nasuwało się skojarzenie z grecką Scyllą, czyhającą na strudzonych wędrowców tak samo, jak owa kwintopeda – bo tak brzmiała właściwa nazwa monstrum – na nich.
            Avada Kedavra!
            Z uniesionej niczym miecz różdżki Snape’a wystrzelił zielony promień, który, rozświetlając cały korytarz, pomknął w stronę kwintopedy. Odbił się jednak od pancerza chroniącego jej ciało, nie robiąc potworowi żadnej krzywdy, i z zawrotną prędkością zawrócił w ich kierunku. Migotanie światła i łaskotanie, które bestia poczuła przy odbiciu zaklęcia, zaczęło powodować, że zaciekawienie, które ją ogarnęło na widok pierwszych od dziesięcioleci gości, ustępowało powoli rozsierdzeniu.
            — Padnij! — Nim Hermiona zdążyła choćby odetchnąć, Snape pociągnął ją za sobą w wodę, niechybnie ratując jej życie, gdyż zielona smuga światła minęła ich o włos. — Granger, musisz rzucić zaklęcie razem ze mną, inaczej nie zadziała! — powiedział, kiedy na powrót wynurzyli się kilka stóp dalej.
            — Moja różdżka… Złamała się podczas upadku — wydyszała Hermiona.
            Snape zaklął tylko w odpowiedzi.
            — Musi być jakiś inny sposób…
            — Inny sposób?!
            —Tak, inny sposób! Granger, myśl! — Nagle oczy Mistrza Eliksirów rozszerzyły się w wyrazie zrozumienia. — Mam! — Sięgnął do kieszeni swojej przemoczonej doszczętnie szaty i wyciągnął z niej malutką, ciemną fiolkę. — Rzucisz tym w nią, kiedy powiem: teraz, zrozumiano?
            Hermiona kiwnęła głową, jednocześnie wyciągając rękę po eliksir. Kiedy indziej nie posiadałaby się ze zdumienia, że profesor Snape powierzył jej coś tak ważnego, lecz teraz sytuacja wyglądała inaczej. Poza tym, nie miała złudzeń, że poprosił ją o pomoc tylko z braku innych możliwości. Zerknęła ciekawie na fiolkę, zastanawiając się, jakie właściwości ma jej zawartość… I jak zadziała na kwintopedę.
            — Tylko tego nie spieprz, bo inaczej zginiemy… — rzekł Snape, bardziej do siebie niż do niej, zastanawiając się nagle, jak to się stało, że znalazł się w takiej sytuacji. Jednak o ile Phantasma była ewidentnie jej winą, tutaj nie mógł powiedzieć, że Panna Wiem-To-Wszystko miała na to jakikolwiek wpływ. Chociaż, jakby nie patrzeć, gdyby nie ona, nic takiego nie miałoby w ogóle miejsca!
            Szybko oczyścił umysł i skupił się na jednym celu: zabić. Rysy jego twarzy stwardniały, kiedy zbierał moc, by zadać bestii cios kończący jej istnienie. Przymknął na chwilę powieki, by zaraz na powrót je rozewrzeć i upewnić się, że Granger uważnie na niego patrzy. Podniósł rękę, zginając palce w wyrazie odliczania. Trzy… Dwa… Jeden… Jego usta bezgłośnie wymawiały słowa, aż w końcu…
            — Teraz! — krzyknął, a z jego różdżki ponownie wyleciał promień. Tym razem składał się on jednak z najprawdziwszej ferii barw, choć nadal dominowała zieleń. Nie była to typowa Avada; by rzucić zaklęcie o takiej sile, potrzebny był prawdziwy ogrom nienawiści, którą należało zebrać i wycelować w konkretny cel.
            W tym samym czasie, kiedy rozbrzmiał jego głos, Hermiona zamachnęła się i z całych sił, które cudem udało jej się znaleźć, cisnęła fiolkę z eliksirem w stronę stwora. Szkiełko z eliksirem trafiło w pancerz na piersi, rozbryzgując się i pokrywając go w całości ciemnym, opalizującym płynem, który sprawiał, że ochronna warstwa powoli zanikała. W chwili, gdy tylko dotknęła ona ciała bestii, ta syknęła wściekle i zwinęła się w paroksyzmie bólu. Jednak tak szybko jak się zaczął, zniknął, gdyż w to samo miejsce trafił promień wystrzelony przez Snape’a. Kwintopeda tylko zatrzęsła się po raz ostatni, zaryczała, obnażając zęby wszystkich pięciu przerażających paszczy, po czym bezładną masą padła w wodę, rozchlapując ją na wszystkie strony.
            Hermiona zamrugała; musiał minąć dobry moment, nim dotarło do niej, że pomysł Mistrza Eliksirów poskutkował i wciąż żyją. Odetchnęła głęboko i spojrzała na profesora stojącego obok niej. Przez cały ten czas, od kiedy rzucił zaklęcie, ani drgnął.
            — Profesorze? — zagadnęła nieśmiało, nadal jednak z pewnej odległości, nie chcąc, by znowu powtórzyły się wydarzenia sprzed paru godzin, kiedy ją zaatakował. — Udało się! — Jej twarz rozjaśnił uśmiech, który jednak zbladł w tej samej chwili, w której Snape odwrócił głowę w jej kierunku. Momentalnie spuściła wzrok, co skwitował cichym prychnięciem.
            — Żyjemy, więc musiało się udać.
            Wypuściła powoli powietrze, usiłując opanować nadal rozszalałe serce.
            — Jak oni mogą coś takiego trzymać w szkole?! Przecież gdyby to się wydostałoby, powtórzyłyby się wydarzenia, które rozegrały się po otwarciu Komnaty Tajemnic!
            — Mam wrażenie, że ten wasz cały Hagrid byłby zachwycony, mogąc zainstalować takiego pupilka w swojej chatce. Również Filch nie pogardziłby kolejnym czymś, co w końcu zaczęłoby trzymać uczniów w ryzach. — Snape skrzywił się. — Mówiąc jednak szczerze, wątpię, by ktokolwiek wiedział, że coś takiego się tu znajduje. Nie mamy w zwyczaju trzymać w Hogwarcie niebezpiecznych stworzeń…
            — A Puszek?
            Profesor tylko rzucił jej mordercze spojrzenie, mówiące bardzo wyraźnie, by nie wtrącała się w nie swoje sprawy. Ewidentnie nadal miał w pamięci ich oskarżenia, że to on chciał wykraść Kamień Filozoficzny, podczas gdy prawdziwym zdrajcą był Quirrell, skrywający pod swoim kapturem Lorda Voldemorta.
            — Gdyby nie to, że Gryffindor nie ma już punktów, które można byłoby odjąć, twój dom ucierpiałby za tę impertynencję, Granger.
            — Ale przecież mieliśmy ponad sto punktów! — zaprotestowała Hermiona, której instynkt samozachowawczy najwyraźniej wyparował wraz ze słynnym rozsądkiem.
            — Dokładnie: mieliście.
            Przez głowę Snape’a przebiegła nagle myśl, że Minerwa może mieć coś przeciwko temu, że w jakiś niezrozumiały sposób najlepsza od czasów Roweny Ravenclaw czarownica postradała rozum. Szczególnie nie spodobałoby jej się, że nastąpiło to w czasie, gdy przebywała w jego towarzystwie – nie żeby miał na to jakiś wpływ. Tak, Granger musiała postradać rozum… Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że nagle zaczęła zwracać się zupełnie bez szacunku do niego? Choć osobiście nie widział większej różnicy: jeden uczeń w tę czy we wtę, było mu to zupełnie obojętne. Niestety, od każdej reguły był wyjątek, a w tym przypadku nie mógł sobie pozwolić, by Granger stało się coś poważnego – a Merlin świadkiem, że od kiedy zobaczył ją dziś rano w klasie eliksirów, odczuwał niebywale silną ochotę, by zrobić jej krzywdę.
            — Pokaż tę swoją głowę — powiedział po przedłużającej się chwili milczenia, podchodząc bliżej. — Ale nie odzywaj się, na Merlina, bo skończy się to źle!
            — Łatwo panu mówić…
            Zmroził ją wzrokiem, po czym zbliżył różdżkę do jej czoła, przyświecając sobie, by obejrzeć ranę. Na jego twarzy momentalnie pojawił się odpychający grymas, który sprawił, że Hermiona miała wielką ochotę stwierdzić, że jednak nic jej nie jest i po prostu odsunąć się od niego jak najdalej.
            — Mogłabyś w końcu zrobić coś z tą szopą… — wymamrotał złośliwie, odgarniając poplątane kosmyki. — I tyle krzyku o takie zadrapanie?
            Przecząc swoim słowom, wyszeptał zaklęcie oczyszczające i uzdrawiające, sprawiając, że rana szybko się zrosła. Jedynym śladem po niej pozostało malutkie zaczerwienienie tuż pod linią kompletnie przemoczonych włosów.
            — Dziękuję.
            Nie odpowiedział, ruszając przed siebie. Po chwili wahania Hermiona poszła jego śladem, z niejakim trudem przechodząc przez trupa kwintopedy. Cielsko nadal zajmowało większość miejsca, a zęby i pazury straszyły. W świetle różdżki swojego nauczyciela dziewczyna dostrzegła, że skapują z nich krople cieczy, która bynajmniej nie wyglądała na wodę. Oboje byli spięci aż do chwili, gdy pozostawili trupa daleko za sobą. Dopiero wtedy rozluźnili się na tyle, na ile pozwalała sytuacja i odetchnęli z ulgą. Spotkanie zrobiło wrażenie nawet na Snape’ie, który zawsze szczycił się tym, że nic nie mogło zbić go z tropu.
            — Co było w tej fiolce? — Po parunastu minutach Hermiona odważyła się zadać nurtujące ją pytanie.
Kiedy w końcu zdała sobie sprawę, że Snape na tę chwilę nie ma zamiaru próbować dopytywać się o powody, które nią kierowały, zdecydowała, że nie zniesie kolejnych kilku godzin ciszy. Normalnie nie zdarzało się, by milczała aż tak długo. Wyjątkiem były zajęcia, ale na tych rekompensowała to sobie odpowiadaniem na pytania nauczycieli i zadawaniem własnych.
— Jesteś głucha czy głupia, Granger?
— Ani to, ani to, profesorze — odparła wesoło, ciesząc się z małego sukcesu. Mistrz Eliksirów jej odpowiedział, a to już było coś… Nieważne, że w swoim własnym, złośliwym stylu.
— Ośmielę się mieć wątpliwości.
— Dlaczego?
— Powiedziałem już, że nie życzę sobie, byś cokolwiek mówiła — przypomniał, krzywiąc się. — Trzymaj usta zamknięte i mnie nie denerwuj.
— Ale mi się nudzi!
Hermiona miała świadomość, że zachowuje się jak rozkapryszone dziecko, lecz niezbyt to ją obchodziło. Mieli niewielkie szanse na wydostanie się z kanałów, więc chyba nic nie powinno stać na przeszkodzie, by przed nieuniknioną śmiercią zaznać trochę rozrywki. Jednak profesor Snape miał na ten temat nieco inne zdanie.
— Zapominasz, z kim rozmawiasz! Nie pozwalaj sobie, dziewczyno. Jestem twoim nauczycielem i oczekuję od ciebie należnego mi szacunku. Natomiast co do tego, że ci się nudzi… Naprawdę myślisz, że interesuje mnie to w najmniejszym choćby stopniu? W razie gdyby umknęło to twojej uwagi, przypominam ci, że nasza obecność tutaj jest całkowicie twoją winą!
To zamknęło Hermionie usta na jakiś czas – ale nie na długo.
— To powie mi pan, jaki to był eliksir?
— Czy te włosy utrudniają ci odbieranie informacji? NIE i nie mam zamiaru tego więcej powtarzać!
— Prooooszę… — powiedziała błagalnie, odnosząc niejakie wrażenie, że igra z ogniem. Niewątpliwie takie traktowanie profesora Snape’a miało skończyć się dla niej źle.
Nie doczekała się jednak odpowiedzi. Mistrz Eliksirów po chwili zastanowienia stwierdził, że najlepszym – i najmniej wyczerpującym – wyjściem będzie po prostu ignorowanie irytującej uczennicy. Podczas gdy jej cisza ewidentnie przeszkadzała, dla niego była luksusem i wybawieniem, ale przede wszystkim sprzymierzeńcem. W ten sposób mógł utrzymywać zmysły w stopniu bezustannej czujności, nieprzerywanej dekoncentrującą i zupełnie bezsensowną paplaniną Gryfonki. Wcześniej już mieli okazję się przekonać, jakie stworzenia czyhają na nich w podziemiach Hogwartu, a Snape nie wątpił, że kwintopeda nie była najgorszym.
— Panie profesorze…
Słysząc cichy, odrobinę piskliwy głos swojej bardzo niechcianej towarzyszki zmrużył oczy, z całych sił musząc powstrzymywać się, by nie westchnąć cierpiętniczo.
— Granger, jeszcze jedno słowo i rzucę na ciebie Silencio — rzekł w końcu, nadal idąc wprost przed siebie.
— Ale…
W odpowiedzi tylko machnął krótko różdżką i szybko się obejrzał. Gryfonka wywijała rękoma w geście świętego oburzenia, wyraźnie wściekła. Parsknął złośliwym śmiechem, zadowolony, że udało mu się dopiąć swego. Zastanawiał się tylko, dlaczego nie wpadł na to wcześniej. Nie widział jednak, że uciszając Hermionę, popełnił niewyobrażalny błąd i nie polegał on tylko na tym, że nie miał wiele czasu, by nacieszyć się swoim małym triumfem. Zdążył przejść ledwie parę kroków, gdy tunel, którym szli, nagle zmienił się w pionowy szyb. Jednak próby ratunku spełzły na niczym – siła spadającej wody ciągnęła ich nieuchronnie w stronę krawędzi, która z każdą sekundą się przybliżała… Ściany korytarza były idealnie płaskie, więc nie było szans, by się czegoś uchwycić.
Zginiemy… przebiegło przez myśl Snape’a, kiedy tak spadał w dół, trzymając uczepioną kurczowo jego szaty Pannę Wiem-To-Wszystko. Dziewczyna otworzyła usta w bezgłośnym krzyku, a on podziękował Merlinowi, że przynajmniej zachowa trochę godności przed śmiercią, nie piszcząc ani nie wrzeszcząc wniebogłosy niczym, nie przymierzając, jakaś dziewica w niebezpieczeństwie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz